WSZYSTKO ZACZEŁO SIE ZIMĄ

Wszystko zaczęło się zimą 2005r., kiedy doszliśmy do wniosku, że w wakacje chcemy wybrać się na jakąś dłuższą wyprawę. Tego byliśmy pewni, pozostała tylko do uzgodnienia kwestia, gdzie chcemy iść. Mieliśmy kilka pomysłów i pomimo tego, że nigdy razem wcześniej nie byliśmy w górach, zdecydowaliśmy się przejść Główny Szlak Beskidzki. Wstępny termin, który zaplanowaliśmy na początek sierpnia udało nam się zrealizować. Dokładnie o godzinie 5:45 wyruszyliśmy ze stacji PKP Ustroń spod znaku oznaczającego początek czerwonego szlaku z napisem : „Początek-koniec Głównego Szlaku Beskidzkiego im. Kazimierza Sosnowskiego Ustroń-Wołosate 519 km”.

Glowny szlak beskidzki 1

Trasę zaplanowaliśmy na ok. 13 dni tak, aby zdążyć do Wetliny w Bieszczadach na Festiwal Sztuk Różnych „Bieszczadzkie Anioły”. Jednak po mocnym starcie przekonaliśmy się, że jesteśmy w stanie „zrobić szlak” w krótszym czasie. Przy sprzyjającej pogodzie pierwszy dzień zakończyliśmy dość wcześnie (o 20.30) w Żabnicy za Węgierską Górką pod na-
miotem na przydrożnym polu. Napełnieni optymizmem porannego słońca ruszyliśmy w stronę Babiej Góry. Mijając po drodze Rysianke, Pilsko, Mędralową dotarliśmy na Markowe Szczawiny ok. godz. 23.00. Prognoza pogody zapowiadała się nieciekawie, dlatego trzeciego dnia chcieliśmy dojść do bacówki na Maciejowej w Gorcach. Zgodnie z prognozą jeszcze tego samego dnia zaczęło padać i padało przez kilka dni. Noc spędziliśmy we wspomnianej bacówce, gdzie dzięki gościnności gospodarzy mogliśmy się trochę wysuszyć i wygodnie wyspać. Po szybkim śniadaniu wyruszyliśmy do Krościenka a w wędrówce po Gorcach towarzyszyła nam nasza znajoma z Rabki Magda. Tego dnia skończyło się przyjemne chodzenie po górach i podziwianie widoków, a zaczęło się zmaganie z przemoczeniem i wyziębieniem. O krajobrazie Tatr mogliśmy tylko pomarzyć, ponieważ widoczność była mocno ograniczona mgłą i gęstym deszczem. Piątego dnia obudziliśmy się później niż zawsze i ten dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek - doszliśmy tylko do Cyrli w Beskidzie Sądeckim oddalonej ok. 30 km od Krościenka. Wiedząc, że długa droga przed nami, a koncert coraz bliżej, szóstego dnia chcieliśmy przejść jak najwięcej, ale nieustannie padający deszcz pozwolił nam dotrzeć tylko do Krynicy Zdroju. Spaliśmy tam w Katolickim Ośrodku Młodzieżowym, w którym dużym zbiegiem okoliczności spotkaliśmy dwie ekipy przemierzające GSzB, lecz w kierunku przeciwnym do naszego. Siódmy dzień był przełomowy ponieważ na niebie pokazało się słońce pierwszy raz od kilku dni. Nie mogliśmy zmarnować takiej okazji i doszliśmy do bacówki w Bartnem podziwiając po drodze zabytki kultury Łemków: Rotundę i Cerkiew w Wołowcu. Tego wieczora szybko wszystko wróciło do normy, gdyż zaczęło znowu lać. Pomimo kolejnych dni pogody bardziej barowej, niż turystycznej, kontynuowaliśmy wędrówkę. Niestety, z powodu kontuzji i potrzeby wysuszenia rzeczy zatrzymaliśmy się w Kątach, gdzie przy uprzejmości miejscowego sołtysa schroniliśmy się na noc w szkole. To był bardzo ważny wieczór dla naszej wyprawy, ponieważ przestaliśmy widzieć sens dalszej wędrówki w deszczu i zaczęliśmy zastanawiać się nad powrotem do domu. Naszą decyzję uzależniliśmy od pogody jaką rozpocznie się kolejny dzień. Padało przez całą noc lecz o świcie przedzierające się przez chmury słońce dało nadzieje na ukończenie szlaku.

Glowny szlak beskidzki 2

Szybko przeanalizowaliśmy gdzie możemy dojść i bez przedłużania wyruszyliśmy w trasę. Marsz był bardzo ciężki, gdyż długie opady deszczu zamieniły szlak w strumień błota i „dopłynęliśmy” tym błotem do bazy studenckiej w Wisłoczku. Dziesiątego dnia postanowiliśmy zakończyć zmagania z Beskidem Niskim. Oprócz trudów związanych ze zmęczeniem i złą pogodą doszły problemy ze złym oznakowaniem szlaku (co dla Beskidu Niskiego jest bardzo charakterystyczne), ale udało się nam przed zachodem słońca dotrzeć do schroniska PTTK w Komańczy. Świadomi tego, że jesteśmy już bardzo blisko celu, wiedzieliśmy, że oprócz poważnej kontuzji nic nas nie może powstrzymać.

Glowny szlak beskidzki 3

Kolejny dzień zakończyliśmy w Cisnej, gdzie można już było poczuć atmosferę „Bieszczadzkich Aniołów”. Ten wieczór spędziliśmy przy ognisku i gitarze. Po kilku godzinach snu, wcześnie rano wyruszyliśmy w nasz ostatni dzień wędrówki przez Okrąglik, Smerek, Połoniny Wętlińską i Caryńską do Ustrzyk Górnych. Mimo, że mogliśmy już tego dnia dojść do Wołosatego to ostatnie kilometry zostawiliśmy na wschód słońca następnego dnia. Decyzja ta nie mogła okazać się bardziej trafną, dlatego że Bieszczady Wysokie „przebiegliśmy” w cudownej bezchmurnej pogodzie, która zrekompensowała nam trudy całego szlaku. Widoki były tak niezwykłe, że zapomnieliśmy o deszczu, odciskach i zmęczeniu, a jedynie cieszyliśmy się z dojścia do upragnionej tabliczki opisującej koniec Głównego Szlaku Beskidzkiego.

Michał Kopiec,
Przemysław Tyrała